Depeche Mode: Ekscytujące doświadczenie |
Rozmowa z Davem Gahanem
Autor: Lesław Dutkowski / (fot. EMI/Anton Corbijn)
Na 17 października 2005 wyznaczono datę premiery nowej płyty zespołu
Depeche Mode - "Playing The Angel". Album jest pierwszą produkcją tria
od czasu wydanego w 2001 roku krążka "Exciter", który promowało wielkie
światowe tournee. Pokłosiem trasy jest wyreżyserowane przez Antona
Corbijna DVD "One Night In Paris", na którym widać w jak znakomitej
formie była grupa. |
Pod
koniec sierpnia wytwórnia EMI zorganizowała w Londynie spotkanie
promocyjne z członkami Depeche Mode. Wysłannikowi Onet.pl przypadło w
udziale uczestniczenie w rozmowie z Davem Gahanem, który był w świetnym
nastroju i z wielką chęcią odpowiadał na pytania dziennikarzy z różnych
krajów Starego Kontynentu. Oto zapis spotkania z Davem. Ben Hillier był producentem nowej płyty. Jak różnią się jego metody pracy od tych, które znacie ze współpracy z Markiem Bellem?
DAVE GAHAN: Dobre pytanie. To było coś zupełnie innego.
Zatrudniając Marka wiedzieliśmy, że jest on bardzo dobry w kreowaniu
ciekawych dźwięków. Ben natomiast podchodzi do całego procesu z punktu
widzenia wykonania. Bardziej przypomina jako producent Flooda. Też jest
bardzo kreatywny, jest również dobrym muzykiem. Ben jest bardziej
przywódcą, nauczycielem, szefem. Wszyscy zgodziliśmy się, iż tym razem
jest nam potrzebny ktoś, kto będzie nas popychał, będzie pełnił funkcje
szefa. Ktoś, kto sprawi, że my sami odkryjemy coś więcej w naszej
muzyce i popchnie nas poza nakreślone przez nas samych granice. Ben
okazał się idealny do tego zadania. Mark Bell czy Tim Simenon byli bardziej fanami zespołu. Ben
natomiast nie znał prawie niczego, co nagraliśmy. Słyszał tylko kilka
piosenek, ale żadnej całej naszej płyty. Tak więc przynieśliśmy mu kupę
naszych płyt (śmiech). Ben miał świeże podejście. Nie miał żadnych
zakodowanych schematów dotyczących Depeche Mode. Pracowaliśmy cały czas
bardzo intensywnie. Ben wszystko robi bardzo szybko. Pakował nas do
pomieszczenia, przygotowywał cały sprzęt analogowy, wszystko było
rozłożone jak należy. Wykorzystał też sporo starego sprzętu, np. stare
rosyjskie mikrofony. Ben uwielbiał przepuszczać to, co graliśmy przez
analogowe syntezatory. Dbał o to, aby odpowiedni dźwięk wydobywał się z
głośników ustawionych w studiu. Dzięki temu w nowych utworach słychać
dźwięki z pomieszczenia, w którym nagrywaliśmy. W studiu byli też dwaj
ludzie zajmujący się programowaniem, w tym Dave McCracken, który jest
przy okazji zdolnym pianistą, a także Rick Morris. Sesja była naprawdę ekscytującym doświadczeniem. Płyty
"Exciter" wcale nie nagrywało się w tak emocjonujący sposób (śmiech).
Biorąc pod uwagę proces nagraniowy, "Exciter" powstawał bardzo długo,
bardzo wolno. Dość często zdarzało nam się łapać na tym, iż z tego, co
robimy w studiu, nic nie wynika. Poza tym to było bardziej siedzenie
przed komputerem i bawienie się dźwiękami. Depeche Mode jest zespołem dość nietypowo pracującym w studiu.
Nie rozkładamy instrumentów i nie jammujemy godzinami, aby znaleźć
brzmienie. Tym razem zrobiliśmy coś, co bardziej przypominało pracę w
studiu konwencjonalnego zespołu. Były porozstawiane mikrofony,
głośniki, nagrywaliśmy perkusję, potem Martin zabrał się za nagrywanie
gitar. Po pierwszym etapie sesji mieliśmy zarysy ośmiu kawałków i
czuliśmy, że coś się dzieje, coś zaczyna powstawać. Coś ekscytującego.
Było to dla nas świeże i nowe jednocześnie, jeśli brać pod uwagę proces
nagrywania oraz pracę z nowymi ludźmi, którzy podchodzili do
wszystkiego z wielkim entuzjazmem. To było chyba najbardziej
pasjonujące i zabawne doświadczenie od czasu pracy nad płytą
"Violator". Ben był cały czas optymistycznie nastawiony. Naprawdę
cieszył się, że może w tym uczestniczyć. To było dla niego coś nowego.
Ja czułem się podobnie, gdy nagrywałem mój album "Paper Monsters". Ken
Thomas należy podobnie jak Ben do starej szkoły producentów. Obaj
podchodzą do sesji na zasadzie: "OK, chłopaki, co dziś robimy?", a nie
na zasadzie: "OK, siadajcie tutaj, róbcie to i tamto".
Komfort pracy polegał też na tym, że zanim zamknęliśmy się w
studiu mieliśmy z Martinem w wersjach demo jakieś 15 piosenek. Tak więc
Ben miał z czego wybierać te najfajniejsze. Wiedzieliśmy wcześniej, że
wybierzemy kilka moich piosenek, a reszta to będą kompozycje Martina.
Chociaż oczywiście nie miało znaczenia, kto napisał dany kawałek, gdy
już nagrywaliśmy.
Czyli można powiedzieć, że nowa płyta idzie w zupełnie innym kierunku niż wcześniejsze wasze płyty?
Wydaje mi się, że podobieństwa można doszukać się w
instrumentarium. Także struktura piosenek jest podobna. W końcu to są
popowe kompozycje. Staraliśmy się jednak przesunąć nasze własne granice
nieco dalej. W kilku kawałkach są dłuższe intra i outra. Zależało nam
na stworzeniu płyty, która brzmiałaby jak jedna całość. Oczywiście
czegoś takiego nie zakłada się na samym początku prac. Ale brzmienie
wyłania się dość wcześnie. Podobieństwa można się też doszukać w
analogowym sprzęcie i instrumentarium, które wykorzystaliśmy.
Interesujące jest to, że wszystkie te stare instrumenty słychać, można
rozpoznać ich brzmienie. Jeśli mogę wyrazić swoje zdanie na temat twojego
śpiewu, to na nowej płycie twój głos jest instrumentem w o wiele
większym stopniu niż był na płycie "Exciter".
Zawsze starałem się, aby mój głos był w jak największym stopniu
instrumentem. Zależało mi na czymś takim, a zainspirowało mnie do tego
podejście Sigur Ros. Tyczy się to także pisania przeze mnie piosenek.
Chodzi o uczucie, że instrument wpasowuje się w atmosferę,
pomieszczenia, chwili. Wizualizowałem sobie, jak mam interpretować
melodie. Dzięki temu odpowiednie słowa napływały mi do głowy. Nie lubię
siedzieć nad kartką i myśleć nad odpowiednimi słowami. Oczywiście i coś
takiego mi się zdarza. Ale wtedy nie staram się, aby wraz ze słowami
powstała cała piosenka. Musi pojawić się coś, co mnie do tego
zainspiruje. To mogą być bardzo różne rzeczy, np. odgłos pracującego
silnika. Także dźwięki, które pojawiają się w pomieszczeniu, w którym
przebywam, dźwięk fortepianu na przykład. Ken Thomas bardzo lubi taki
sposób pracy. Potem w studiu piosenka wędruje w zupełnie innym
kierunku. Osiąga nowy wymiar. Wolę coś takiego niż podejście w stylu:
"Piszę piosenki w taki, a nie inny sposób". Nie nazwałbym się wokalistą
i kompozytorem w tradycyjnym rozumieniu. Nie siadam z gitarą i nie
brzdąkam akordów zanim nie wyjdzie z tego jakaś piosenka. Mnie takie
podejście by zabiło. Na pewno zabiłoby piosenki. Tutaj ja i Martin
różnimy się. Mówiąc kilka lat temu o zespole jako o kolektywie
użyłeś interesującego porównania. Powiedziałeś, że jeśli Depeche Mode
to film, to Martin jest reżyserem i scenarzystą, a ty aktorem.
I raczej nic się nie zmieniło (śmiech).
Chyba jednak troszkę się zmieniło, bo na nową płytę
napisałeś trzy piosenki. Czy to oznacza, że chcesz w większym, stopniu
być reżyserem i scenarzystą, a może połączyć jakoś obie profesje?
Prawda, że troszeczkę stanąłem tym razem za kamerą (śmiech).
Patrzę w obiektyw z innej perspektywy. Wiele lat temu powiedziałem też,
że ja idealnie i bardzo naturalnie wpasowuję się w sposób, w jaki
Martin komponuje utwory dla zespołu. Głównie dlatego, że pisze on o
życiu, o swoich doświadczeniach, o związkach z ludźmi, związkach z
życiem. Mnie bardzo coś takiego odpowiada. Świetnie się w tym czuję.
To, co robię teraz jest próbą interpretacji mojego własnego życia. Jak
gdyby przedłużam to, co pisze Martin. W piosence można opisać naprawdę
bardzo mroczne historie, także bardzo lekkie. Można przejść do mroku do
jasności i odwrotnie. Trzymając się takiego założenia tworzę coś na
podobieństwo obrazu. Nie wiesz, jak on będzie wyglądał dopóki
ostatecznie nie odłożysz pędzla i nie popatrzysz na płótno. Masz pewną
koncepcję, ale nie zawsze uda ci się ją zrealizować. Wydaje mi się, że
mam po prostu większą pewność w pisaniu po tym, jak nagrałem płytę
"Paper Monsters". Zdobyłem się na odwagę, aby opuścić skorupę, w której
siedziałem. Zacząłem myśleć o interpretowaniu własnych pomysłów. W
moich pomysłach na piosenki jest wiele punktów wspólnych. W końcu są
one o życiu, związkach. Fakt, że obaj z Martinem odczuwamy w życiu
podobny dyskomfort jest powodem, że mamy tak zgodne koncepcje utworów.
Nie najlepiej czujemy się też we własnych skórach. Będąc na takim
etapie, na jakim jestem, mam naprawdę sporo doświadczeń, z których mogę
czerpać. Poza tym praca z nowymi ludźmi, jak Ben Hillier, daje bardzo
wiele. Dzięki niemu i jego ludziom dotarła do mnie jedna rzecz: że
ekscytujące jest próbowanie nowych rzeczy. Nie czułem się już jak
zamknięty w jakimś pudełku, jak to było w przypadku pracy nad
"Exciter". To była taka swoista klaustrofobia. To, co każdy robił było
zbyt oczywiste. Pewna powtarzalność jest dobra tylko do pewnego
momentu. Ale w końcu dochodzisz do punktu, w którym mówisz sobie:
"Potrzebuję czegoś więcej". Można pewne rzeczy ukrywać głęboko w sobie,
lecz jakaś część musi znaleźć ujście. Już nie staram się uciekać od
samego siebie. Teraz mówię sobie: "Oto jaki jestem. Trzeba sobie z tym
radzić".
Czy rzeczywiście czujesz się teraz znacznie lepiej jako członek Depeche Mode niż to było 15 lat temu?
Może niekoniecznie lepiej niż 15 lat temu... Powiedziałbym inaczej...
Chodzi o to, czy czujesz się tak samo mocno zmotywowany jak 15 lat temu. Powiedzmy w czasach powstawania "Violator"?
Kiedy nagrywaliśmy "Violator" udało nam się, choć nieświadomie, złamać zasady, którymi kierowaliśmy się do tamtej pory. Weszliśmy do studia z innym producentem, Alan Wilder stał się w znacznie większym stopniu zaangażowanym członkiem zespołu, chciał znacznie mocniej wypowiadać się muzycznie i tak się stało. W proces produkcji Alan zaangażowany był bowiem odkąd stał się członkiem Depeche Mode. Jednak nastąpiło zmęczenie materiału podczas prac nad "Songs Of Faith And Devotion" i zapewne dlatego Alan nas opuścił. Myślał, że nie mamy kierunku, w którym moglibyśmy pójść, ponieważ nakreśliliśmy sobie nowe granice.
Dziś czuję się lepiej w zespole. Mniej więcej tak, jak wówczas gdy przyszło nam nagrywać pierwszą płytę z Danielem Millerem. Zresztą on pojawił się w moim studiu w Nowym Jorku i słuchał wersji nagrań demo. Bardzo mu się to podobało. Zapytał tylko, czy jestem pewny, że to piosenki dla Depeche Mode, bo dla zespołu zawsze pisał przecież Martin. Ja nie piszę dla nikogo (śmiech). Piszę, bo potrafię. To dla mnie nowe doświadczenie, które bardzo mi się podoba. Dzięki temu utrzymuję pewną dyscyplinę. Owszem, nie zawsze udaje mi się coś napisać. Nawet powiedziałbym, że dość często. Ale jeśli usiądę przy fortepianie i zacznę sobie podgrywać, to nawet jeśli przez jakiś czas nic nie wymyślę, to wiem, iż po pewnym okresie coś zacznie się wykluwać. Zwłaszcza jeśli są ze mną jacyś ludzie. Lubię pracować z innymi. Na przykład z perkusistą Christianem Eignerem, który gra z nami na perkusji na koncertach. On jest bardzo zorganizowany, bardzo zdyscyplinowany. Ma coś takiego, co inspiruje mnie do pracy.
Czy on również jest wymieniony jako współkompozytor utworów?
Oczywiście.
Zbliża się trasa koncertowa. Zaczęliście się do niej przygotowywać? Wybierać piosenki, które zagracie?
Próby przed trasą zaczniemy, gdy już będziemy mieć za sobą
wszystkie spotkania promocyjne. "Fletch", Martin, Christian, Peter
Gordeno [klawiszowiec - red.] oraz ja spotkamy się w Santa Barbara.
Spędzimy tam kilka tygodni. Na razie to tylko luźny plan. Będziemy go
realizować etapami. Później przeniesiemy się do Nowego Jorku. Tam też
będziemy przebywać kilka tygodni. Będziemy ostatecznie ogrywać kawałki,
które zaprezentujemy podczas trasy. Martin, ja i "Fletch", każdy z
osobna, przygotujemy listę utworów, które chcielibyśmy zagrać. A potem
będziemy się kłócić (śmiech). Będzie jakieś głosowanie?
Coś w tym stylu.
Ile ma być piosenek na każdej z tych list?
Dwadzieścia pięć. Powiedziałbym, że 90 procent wybranych przez
nas piosenek się pokrywa, co jest naprawdę wyjątkowe. Pozostałe 10
procent to bardzo różne kawałki. Intra, które powstały w czasach pracy
z Timem Simenonem. Pod koniec tego tygodnia zdecydujemy, które piosenki
będziemy grać. Zagraliśmy kilka akustycznych koncertów, już po
zakończeniu sesji do "Playing The Angel". Dave McCracken zagrał na
fortepianie, "Fletch" na akustycznym basie, Martin na gitarze.
Zagraliśmy akustyczne wersje "Surrender" i "Nothing's Impossible. Mnie osobiście ostatnia płyta z remiksami wskazywała
na swego rodzaju odnowienie Depeche Mode. Moim zdaniem nie można
pominąć jej znaczenia...
Dla mnie samego, jeśli mam być szczery, sukces remiksów był
sporym zaskoczeniem. Ale raczej nie miał on wpływu na to, co
stworzyliśmy później, Owszem, można powiedzieć, że kiedy ten album był
gotowy, poczuliśmy się mocniejsi jako zespół. Chyba wtedy powiedzieliście, że ten album to takie wasze nieślubne dziecko, które zaczęło żyć własnym życiem?
Bo tym właśnie są nasze remiksy (śmiech). Oczywiście to, co
znajduje się na tych płytach ma bezpośredni związek z nami, ale
jednocześnie nie można zapominać, że są to też interpretacje naszych
kawałków wykonanie przez innych artystów. Remiksy to taka sfera, w
której muzyka Depeche Mode wędruje w różnych kierunkach. Miesiącami
wybieraliśmy te zremiksowane wersje. Ich katalog jest naprawę olbrzymi.
Przygotowanie takich płyt wymagało znacznie więcej czasu niż to sobie
wyobrażaliśmy. Później pojawił się pomysł, aby zrobić zupełnie świeży
remiks "Enjoy The Silence". Na początku byliśmy przeciwni, ale gdy już
usłyszeliśmy nową wersję, zgodziliśmy się, zaś potem okazało się, iż
odniosła ona większy sukces niż to sobie wyobrażaliśmy (śmiech). Bez
przerwy grały to stacje radiowe. Trzeba więc było w końcu zamknąć ten
etap, bo to jednak nie były nasze nowe kompozycje.
Wracając do nowej płyty. Czy powiedziałbyś, że jest na nim jakiś jeden wspólny temat?
Wszystko na tej płycie dotyczy bólu i cierpienia (śmiech). Jak wiesz, to nie jest dla nas nic niezwykłego.
Wydawało mi się, że tym razem jest jakaś
hybryda tematów na podstawie twojej piosenki "Nothing's Impossible".
Jest tu sporo nadziei.
Jeśli jest coś dodatkowego w tematyce naszych piosenek, to
jest to właśnie nadzieja. To u nas wychodzi naturalnie. Ale takie jest
życie, nieprawdaż? Żeby sobie dawać z nim radę, trzeba umieć cierpieć w
określony sposób. O tym jest moja piosenka "Suffer Well". Musisz iść do
przodu. Cierp swoje, ale nie zatrzymuj się. Możesz iść naprzód i
stworzyć coś innego. Takie podejście jest też bardzo ważne dla Martina.
Dla nas muzyka jest sposobem na poszukiwanie nadziei. Inne życie dla
nas, dla Depeche Mode, zaczyna się, gdy występujemy na scenie. Kiedy
widzimy przed sobą ludzi, zaczyna się uroczystość. Koncert to taka
nasza kropka nad "i", czyli nad tym, co robimy. Wszystko zaczyna się od
pisania piosenek, czyli głównie od Martina. Potem pojawiamy się w
studiu. Całość wieńczy koncert. Kiedy mieliśmy wchodzić do studia założyliśmy sobie, iż tym
razem musi być inaczej. Nie ma nic gorszego niż brak wyzwań. Jesteśmy
na scenie od 25 lat, ale bardzo chcieliśmy nagrać tę płytę. Po prostu
czuliśmy mocno, że tego pragniemy. Źle by było, gdybyśmy to robili
dlatego, że zobowiązuje nas do tego kontrakt, czy coś w tym stylu. Piosenki na nowym albumie są znacznie żywsze niż na
poprzedniej płycie. Czy mieliście to w planach już przed wejściem do
studia?
Nie sądzę, abyśmy planowali coś takiego. Kiedy Martin pisze
piosenki, słucha bardzo dynamicznych rzeczy, jak np. techno. To na
pewno jest dla niego inspirujące i być może to spowodowało, że piosenki
są takie a nie inne. Ale czegoś takiego generalnie nie da się
przewidzieć. "Exciter" był dla nas doskonałą płytą w momencie, w którym
powstawała. Daniel Miller ujął to doskonale, bo powiedział, że
"Exciter" był albumem, przy którym musieliśmy się czegoś nowego
nauczyć, ale zostawił nas w takim miejscu, w którym trzeba było
poszukać jeszcze czegoś nowego. Wraz z odejściem Alana straciliśmy
jedną z nóg, na których opierał się Depeche Mode. Przy pracy nad nową
płytą taką nogą dla nas okazał się Ben Hillier. Nagranie i produkcja
nowego krążka to był bardzo szybki proces. Po zakończeniu sesji nie
czułem się wypompowany. Czy twoje dzieci lubią muzykę Depche Mode?
Czy moje dzieci lubią Depeche Mode?! Wydaje mi się, że mój syn
lubi nasze kawałki. A moja córka... Cóż, ona po prostu lubi słuchać
różnej muzyki. Lubi sobie przy niej potańczyć. Pyta się mnie co jakiś
czas: "Tatusiu, będziesz znów nagrywał potwory?" (śmiech). Chodzi jej o
to, czy znowu gdzieś będę wyjeżdżał. Raz powiedziała mi: "Żadnych
potworów więcej!" (śmiech). Jimmy, mój syn... nie sądzę, aby lubił
Depeche Mode. Lubi kilka piosenek, lecz preferuje Pink Floyd, The
Rolling Stones, Johna Lennona, Marvina Gaye'a. Dziękuję za rozmowę.
|